... czyli godzinka wyrwana z harmonogramu dnia, przeznaczona na spacer i wizytę u fryzjera.
Musiałam załatwić jakieś sprawy w skarbówce, przy okazji zafundowałam sobie miłą przechadzkę. Patrzyłam na ludzi - w większości studenci młodzi i zabiegani. Pozytywni.
Potem poszłam do salonu, w którym zawsze poprawiam sobie humor. Miła pani fryzjerka w 15 minut wyczarowała mi bombową, świeżą fryzurkę.
Trzeba, stanowczo trzeba o sobie pamiętać. Choćby się pracowało w domu i nie musiało codziennie szykować do biura czy szkoły.
Teraz Oleńka poszła w miasto, wydać trochę kasy na swoją urodę - przy wszystkich maminych zajęciach znajduje jeszcze czas na fryzjera, masaż, siłownię czy "pazurki"; jeszcze jedna rzecz, za którą ją kocham. Za to, że jej się ciągle chce walczyć z "umamieniem", za zadbaną fryzurę, koronki, pończoszki. Moi rówieśnicy przeważnie mają żony zapuszczone jak pani marszałkowa, paradujące nawet przy gościach w jakichś powyciąganych dresach - "kobiety ekologiczne", podśmiewamy się z Olą - i tak przywykli, albo zaniżyli oczekiwania, że nawet już tego nie zauważają
(męski punkt widzenia z książki Rafała Ziemkiewicza Zgred)
A więc walczymy z umamieniem:)
poniedziałek, 17 października 2011
niedziela, 16 października 2011
Posypały się liście
Przed południem spacerowałam urokliwą aleją na jednym z osiedli.
Minionej nocy złapał ziemię pierwszy przymrozek. Rano trawniki były pokryte szronem.
Zwarzone mrozem liście momentalnie zaczęły się osypywać z drzew. Nie wszystkie jeszcze zdążyły się wybarwić.
Powietrze pachnie teraz orzechami, wilgocią i liśćmi.
Patrzę przez okno - las jeszcze zielony! Czyżby słońce nie zdążyło ozłocić klonów, zanim opadną z nich liście?
Miłej niedzieli:)
Minionej nocy złapał ziemię pierwszy przymrozek. Rano trawniki były pokryte szronem.
Zwarzone mrozem liście momentalnie zaczęły się osypywać z drzew. Nie wszystkie jeszcze zdążyły się wybarwić.
Powietrze pachnie teraz orzechami, wilgocią i liśćmi.
Patrzę przez okno - las jeszcze zielony! Czyżby słońce nie zdążyło ozłocić klonów, zanim opadną z nich liście?
Miłej niedzieli:)
piątek, 14 października 2011
Sielskie życie - 2. numer magazynu
2. numer Sielskiego życia kupiłam już dobre dwa, może nawet trzy tygodnie temu. Było jeszcze ciepło, siedziałam w sadzie i czytałam pismo, które ma szansę stać się moim ulubionym.
Jako urodzona we wrześniu panienka uwielbiam jesień i wszelkie jej przejawy. Dlatego jesienny właśnie numer magazynu pochłonęłam łapczywie.
Podoba mi się szata graficzna tej gazety. Zdjęcia nie są przedrukowywane, brane z agencji i kopiowane. To autentyczne, autorskie fotki, moim zdaniem wielki plus magazynu.
Wewnątrz dużo ciekawych tematów - mnie zainteresował szczególnie artykuł o... robieniu kompostu. Nie ma się z czego śmiać - codziennie w koszu lądują takie ilości organicznych odpadów, że naprawdę myślę o stworzeniu kompostu. Liści, chwastów i innych dóbr nie zabraknie. Artykuł jest porządnie napisany, klarowny, rzetelny i na pewno przyda mi się w praktyce.
Czytelnicy znajdą w nowym numerze Sielskiego... ciekawe historie ludzi, którzy postanowili żyć blisko natury i słuchać swoich pragnień. Inspirujące, pouczające opowieści.
Jest też ciekawy artykuł o cebuli, garść jesiennych przepisów okraszonych pięknymi i smakowitymi zdjęciami. Jest i o pomidorach, i o dzikiej róży (z której herbatkę popijam ostatnio ze smakiem).
Dzieciom można poczytać o zwierzakach - są artykuły o ptakach i dzikich mieszkańcach lasów. I znów ładne zdjęcia - dzieciaki z pewnością będą oglądać z zachwytem.
A na koniec deser - zaproszenie do mojego ukochanego Kazimierza. Piękna widokówka, choć moim zdaniem w artykule przydałoby się więcej konkretów, ciekawostek i ludzi.
Ale - jak mówię - to reklama, pocztówka z miejsca.
Magazyn kosztuje 8,90 zł. Mało w nim reklam. Mam nadzieję, że przetrwa, ja czekam już na zimowy numer:)
Jako urodzona we wrześniu panienka uwielbiam jesień i wszelkie jej przejawy. Dlatego jesienny właśnie numer magazynu pochłonęłam łapczywie.
Podoba mi się szata graficzna tej gazety. Zdjęcia nie są przedrukowywane, brane z agencji i kopiowane. To autentyczne, autorskie fotki, moim zdaniem wielki plus magazynu.
Wewnątrz dużo ciekawych tematów - mnie zainteresował szczególnie artykuł o... robieniu kompostu. Nie ma się z czego śmiać - codziennie w koszu lądują takie ilości organicznych odpadów, że naprawdę myślę o stworzeniu kompostu. Liści, chwastów i innych dóbr nie zabraknie. Artykuł jest porządnie napisany, klarowny, rzetelny i na pewno przyda mi się w praktyce.
Czytelnicy znajdą w nowym numerze Sielskiego... ciekawe historie ludzi, którzy postanowili żyć blisko natury i słuchać swoich pragnień. Inspirujące, pouczające opowieści.
Jest też ciekawy artykuł o cebuli, garść jesiennych przepisów okraszonych pięknymi i smakowitymi zdjęciami. Jest i o pomidorach, i o dzikiej róży (z której herbatkę popijam ostatnio ze smakiem).
Dzieciom można poczytać o zwierzakach - są artykuły o ptakach i dzikich mieszkańcach lasów. I znów ładne zdjęcia - dzieciaki z pewnością będą oglądać z zachwytem.
A na koniec deser - zaproszenie do mojego ukochanego Kazimierza. Piękna widokówka, choć moim zdaniem w artykule przydałoby się więcej konkretów, ciekawostek i ludzi.
Ale - jak mówię - to reklama, pocztówka z miejsca.
Magazyn kosztuje 8,90 zł. Mało w nim reklam. Mam nadzieję, że przetrwa, ja czekam już na zimowy numer:)
czwartek, 13 października 2011
Dziś trochę powideł i poezji
Przez cały wrzesień słońce dopieszczało nas i nasze kości, nasze włosy i twarze. Dawało kojące, nie męczące ciepełko. Korzystałam z tego ciepełka świadoma, że muszę je gromadzić na zapas. Na długie zimne miesiące, które przed nami.
Z dnia na dzień zrobiło się chłodno. Powiał mocny wiatr, z drzew spadają pierwsze liście. Jeszce wiele wokół zieloności, choć klony w lesie łapią już złoty odcień.
Przed godziną nad domem przeszła krótka nawałnica. Ołowiana chmura bluznęła kłującym deszczem, wypaczone okna w kuchni zajęczały. Pod dachem zahuczało.
Jesień.
W domu ciepło. Kaloryfery od wczoraj delikatnie tulą nas do snu. Wystarczy włączyć lampę, zrobić dobrą herbatę i pobróbować jesiennych delicji. Jak śliwkowe powidła - te na zdjęciach zrobione z węgierek. Zesmażone z cukrem, ale nie na miazgę. Lubię skórki.
I jeszcze trochę poezji. Wiersz, który po raz pierwszy przeczytałam dawno temu. Analizowałam go, rozbierałam na czynniki pierwsze. Dziś tylko się nim delektuję. Jak moimi powidłami:)
Czerwone wino
Bardzo wcześnie jest jesień. Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadające.
Renoir chyba w sadzie pomalował śliwy,
Tak ich skórka zielona, a brzegiem liliowa,
I wszystko tu coś znaczy, tylko brak na słowa.
Ach! jak tu odpowiedzieć, czy jestem szczęśliwy?
Jak nurek schodzi w mroki tajemniczych głębin,
Gdzie się przepych koralu bogato rozpina,
Tak ja wypijam wzrokiem czerwoność jarzębin,
Lub próbuję wargami czerwonego wina.
Jan Lechoń
Na koniec fotka mojej córki. Ona też chce mieć swój udział w powstawaniu bloga:)
Z dnia na dzień zrobiło się chłodno. Powiał mocny wiatr, z drzew spadają pierwsze liście. Jeszce wiele wokół zieloności, choć klony w lesie łapią już złoty odcień.
Przed godziną nad domem przeszła krótka nawałnica. Ołowiana chmura bluznęła kłującym deszczem, wypaczone okna w kuchni zajęczały. Pod dachem zahuczało.
Jesień.
W domu ciepło. Kaloryfery od wczoraj delikatnie tulą nas do snu. Wystarczy włączyć lampę, zrobić dobrą herbatę i pobróbować jesiennych delicji. Jak śliwkowe powidła - te na zdjęciach zrobione z węgierek. Zesmażone z cukrem, ale nie na miazgę. Lubię skórki.
I jeszcze trochę poezji. Wiersz, który po raz pierwszy przeczytałam dawno temu. Analizowałam go, rozbierałam na czynniki pierwsze. Dziś tylko się nim delektuję. Jak moimi powidłami:)
Czerwone wino
Bardzo wcześnie jest jesień. Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadające.
Renoir chyba w sadzie pomalował śliwy,
Tak ich skórka zielona, a brzegiem liliowa,
I wszystko tu coś znaczy, tylko brak na słowa.
Ach! jak tu odpowiedzieć, czy jestem szczęśliwy?
Jak nurek schodzi w mroki tajemniczych głębin,
Gdzie się przepych koralu bogato rozpina,
Tak ja wypijam wzrokiem czerwoność jarzębin,
Lub próbuję wargami czerwonego wina.
Jan Lechoń
Na koniec fotka mojej córki. Ona też chce mieć swój udział w powstawaniu bloga:)
piątek, 7 października 2011
Naprawdę dobry ryż z jabłkami
Sezon jabłek, jabłeczników, szarlotek, strucli z jabłkami rozpoczęty.
Na straganach mnóstwo odmian, również te nadające się do wypieków i deserów. Prym wiedzie antonówka - jabłko najbardziej smakowite po upieczeniu lub uduszeniu.
Z takim jabłkiem znakomicie wychodzi ulubiony przysmak dzieci - ryż z jabłkami. Dziś kilka trików - jak zrobić naprawdę dobry ryż o mocnym aromacie.
Ryż do zapieczenia - może być parboiled, może być biały, długi. Lepszy chyba będzie parboiled, nie ma ryzyka, że po upieczeniu zrobi się z niego masa. Ryż dobrze jest gotować do momentu, aż będzie półtwardy w wodzie połączonej z mlekiem. Wlewamy do garnka 2 szklanki wody, szklankę mleka, można dodać do niego laskę wanilii albo cukier z wanilią. Ryż już nabierze aromatu.
Na wpół ugotowany ryż przecedzam na sitku, ale nie przelewam wodą. Zostawiam go na sitku, by odciekł.
Robię masę jabłkową. Antonówki myję, obieram, kroję, wrzucam do rondla o grubym dnie. Dodaję:
starty cynamon, anyż, ziele angielskie, goździki, kardamon. Całość duszę do rozpadu jabłek, ale nie czekam, aż zrobi się z nich mus. Jabłka w piekarniku "rozejdą" się do końca.
Potem szykuję naczynie żaroodporne, może być rynienka. Smaruję naczynie masłem, obsypuję dużą ilością bułki tartej (dzieci uwielbiają, gdy z bułki zrobi się chrupka warstwa).
Nakładam do naczynia warstwę ryżu, potem układam warstwę jabłek. Na koniec przykrywam ryżem (odrobiną), nakładam wiórki masła (sporo). Zapiekam przez około 15-20 minut w 180 stopniach.
Ryż podaję polany śmietaną 18-procentową wymieszaną z cukrem trzcinowym. Można oczywiście polać jogurtem - będzie bardziej dietetycznie.
Smacznego:)
Na straganach mnóstwo odmian, również te nadające się do wypieków i deserów. Prym wiedzie antonówka - jabłko najbardziej smakowite po upieczeniu lub uduszeniu.
Z takim jabłkiem znakomicie wychodzi ulubiony przysmak dzieci - ryż z jabłkami. Dziś kilka trików - jak zrobić naprawdę dobry ryż o mocnym aromacie.
Ryż do zapieczenia - może być parboiled, może być biały, długi. Lepszy chyba będzie parboiled, nie ma ryzyka, że po upieczeniu zrobi się z niego masa. Ryż dobrze jest gotować do momentu, aż będzie półtwardy w wodzie połączonej z mlekiem. Wlewamy do garnka 2 szklanki wody, szklankę mleka, można dodać do niego laskę wanilii albo cukier z wanilią. Ryż już nabierze aromatu.
Na wpół ugotowany ryż przecedzam na sitku, ale nie przelewam wodą. Zostawiam go na sitku, by odciekł.
Robię masę jabłkową. Antonówki myję, obieram, kroję, wrzucam do rondla o grubym dnie. Dodaję:
starty cynamon, anyż, ziele angielskie, goździki, kardamon. Całość duszę do rozpadu jabłek, ale nie czekam, aż zrobi się z nich mus. Jabłka w piekarniku "rozejdą" się do końca.
Potem szykuję naczynie żaroodporne, może być rynienka. Smaruję naczynie masłem, obsypuję dużą ilością bułki tartej (dzieci uwielbiają, gdy z bułki zrobi się chrupka warstwa).
Nakładam do naczynia warstwę ryżu, potem układam warstwę jabłek. Na koniec przykrywam ryżem (odrobiną), nakładam wiórki masła (sporo). Zapiekam przez około 15-20 minut w 180 stopniach.
Ryż podaję polany śmietaną 18-procentową wymieszaną z cukrem trzcinowym. Można oczywiście polać jogurtem - będzie bardziej dietetycznie.
Smacznego:)
wtorek, 4 października 2011
Coś na śniadanie - pasta z wędzonej ryby
Wędzona ryba to pojęcie bardzo ogólne i szerokie. Najczęściej kupowana bywa chyba w naszych domach makrela. Ale wybór pachnących dymem rybek jest olbrzymi - od pstrąga, przez dorsza, śledzia, szprotkę, flądrę, po łososia, tuńczyka...
Takie ryby są znakomite, o ile są świeże. Jeśli zaś lubimy smak wędzonki, a nie mamy możliwości kupienia świeżej wędzonej ryby, zostają konserwy. Te można otworzyć w dowolnym momencie. Zawsze będą pod ręką i zawsze w sam raz.
Właśnie takich ryb - podwędzanych szprotek z puszki - użyłam do zrobienia pasty do kanapek.
Pasta jest bajecznie łatwa. Aby ją zrobić potrzebujemy tylko:
puszkę rybek lub mięso ze świeżo wędzonej ryby
2 jajka
pół cebuli
można dodać natkę pietruszki lub koperek
sól i pieprz do smaku
ewentualnie można dodać do pasty drobno pokrojonego ogórka kiszonego
Ryby lekko rozgniatam, ugotowane jajka przepuszczam przez kratkę do siekania, cebulę kroję w drobną kostkę, solę. Mieszam wszystko, doprawiam sporą ilością pieprzu. Zazwyczaj nie dodaję już oleju, bo ryby są wystarczająco w nim skąpane (przed wyjęciem z puszki i tak odlewam cały olej). Do ryb wędzonych przyda się olej - te będą za suche i nie połączą się z jajkiem.
Pasta smakuje dobrze z rzodkiewką lub szczypiorkiem.
Pasty lepiej nie jeść na kolację. Wędzone ryby są ciężkostrawne, nie dadzą nam spać. Śniadanie lub drugie śniadanie to lepsza opcja:)
Takie ryby są znakomite, o ile są świeże. Jeśli zaś lubimy smak wędzonki, a nie mamy możliwości kupienia świeżej wędzonej ryby, zostają konserwy. Te można otworzyć w dowolnym momencie. Zawsze będą pod ręką i zawsze w sam raz.
Właśnie takich ryb - podwędzanych szprotek z puszki - użyłam do zrobienia pasty do kanapek.
Pasta jest bajecznie łatwa. Aby ją zrobić potrzebujemy tylko:
puszkę rybek lub mięso ze świeżo wędzonej ryby
2 jajka
pół cebuli
można dodać natkę pietruszki lub koperek
sól i pieprz do smaku
ewentualnie można dodać do pasty drobno pokrojonego ogórka kiszonego
Ryby lekko rozgniatam, ugotowane jajka przepuszczam przez kratkę do siekania, cebulę kroję w drobną kostkę, solę. Mieszam wszystko, doprawiam sporą ilością pieprzu. Zazwyczaj nie dodaję już oleju, bo ryby są wystarczająco w nim skąpane (przed wyjęciem z puszki i tak odlewam cały olej). Do ryb wędzonych przyda się olej - te będą za suche i nie połączą się z jajkiem.
Pasta smakuje dobrze z rzodkiewką lub szczypiorkiem.
Pasty lepiej nie jeść na kolację. Wędzone ryby są ciężkostrawne, nie dadzą nam spać. Śniadanie lub drugie śniadanie to lepsza opcja:)
wtorek, 27 września 2011
Olej z orzecha włoskiego + surówka z cykorii, jabłka i orzechów.
Wczoraj pisałam o łososiu, którego podałam z surówką z cykorii, jabłka i orzechów. Dziś przepis na ten prosty i zdrowy dodatek do drugiego dania, a także garść informacji na temat wyśmienitego oleju z orzecha włoskiego.
W moim domu regularnie pojawiają się różne eksperymentalne oleje. Zawsze musi być oliwa z oliwek, zawsze olej lniany. Rzepakowy to oczywiście podstawa. Od czasu do czasu fundujemy sobie także różne ciekawostki. Po wczorajszym zakupie wiem, że olej z orzechów na stałe zagości w mojej kuchni.
Olej ten jest nieprzeceniony - zawiera kwasy tłuszczowe Omega 3, które wpływają na obniżenie poziomu cholesterolu. Ma w składzie witaminę B6 i fosfor, które pobudzają umysł, pomagają się skoncentrować. Olej ten zawiera również witaminę E - ta świetnie wpływa na skórę. Co jeszcze? W ulotce wyczytałam kwas elagowy, który unieszkodliwia komórki rakowe. Olej z orzecha włoskiego działa przeciwgrzybiczo, sprzyja walce z pasożytami. Ma działanie ściągające na błony śluzowe, działa przeciwzapalnie, przeciwkrwotocznie. Odtruwa, poprawia trawienie, obniża ciśnienie krwi.
Poza tym ma niesamowity smak. Po prostu kwintesencja orzecha! Cud miód i orzeszki:)
Pijemy go łyżeczkami, dodaję ten przysmak do sałatek i surówek. Między innymi do tej:
SURÓWKA Z CYKORII, JABŁKA I ORZECHÓW WŁOSKICH
3 cykorie
1 jabłko
5-6 orzechów (może być nawet więcej)
pół cebuli
sok z cytryny
dobra musztarda
miód
sól
pieprz
olej rzepakowy
olej z orzecha włoskiego
Cykorie myję, każdą kroję w poprzek, a potem w cienkie paseczki. Można usunąć "głąb", który jest gorzki, jak zostawiam, w domu wszyscy lubią ten smak. Jabłko myję, ścieram na grubej tarce. Cebulę kroję drobniutko, zasypuję solą, żeby złagodniała. Orzechy obieram, siekam na grube kawałki.
Sos:
Mieszam olej rzepakowy z olejem z orzechów, dodaję łyżeczkę miodu, sporo soku z cytryny (cykoria ciemnieje, cytryna ja rozjaśni). Mieszam z odrobiną musztardy, solą i pieprzem.
Cykorię, orzechy, jabłko i cebulę mieszam, dodaję sos.
Smacznego!
W moim domu regularnie pojawiają się różne eksperymentalne oleje. Zawsze musi być oliwa z oliwek, zawsze olej lniany. Rzepakowy to oczywiście podstawa. Od czasu do czasu fundujemy sobie także różne ciekawostki. Po wczorajszym zakupie wiem, że olej z orzechów na stałe zagości w mojej kuchni.
Olej ten jest nieprzeceniony - zawiera kwasy tłuszczowe Omega 3, które wpływają na obniżenie poziomu cholesterolu. Ma w składzie witaminę B6 i fosfor, które pobudzają umysł, pomagają się skoncentrować. Olej ten zawiera również witaminę E - ta świetnie wpływa na skórę. Co jeszcze? W ulotce wyczytałam kwas elagowy, który unieszkodliwia komórki rakowe. Olej z orzecha włoskiego działa przeciwgrzybiczo, sprzyja walce z pasożytami. Ma działanie ściągające na błony śluzowe, działa przeciwzapalnie, przeciwkrwotocznie. Odtruwa, poprawia trawienie, obniża ciśnienie krwi.
Poza tym ma niesamowity smak. Po prostu kwintesencja orzecha! Cud miód i orzeszki:)
Pijemy go łyżeczkami, dodaję ten przysmak do sałatek i surówek. Między innymi do tej:
SURÓWKA Z CYKORII, JABŁKA I ORZECHÓW WŁOSKICH
3 cykorie
1 jabłko
5-6 orzechów (może być nawet więcej)
pół cebuli
sok z cytryny
dobra musztarda
miód
sól
pieprz
olej rzepakowy
olej z orzecha włoskiego
Cykorie myję, każdą kroję w poprzek, a potem w cienkie paseczki. Można usunąć "głąb", który jest gorzki, jak zostawiam, w domu wszyscy lubią ten smak. Jabłko myję, ścieram na grubej tarce. Cebulę kroję drobniutko, zasypuję solą, żeby złagodniała. Orzechy obieram, siekam na grube kawałki.
Sos:
Mieszam olej rzepakowy z olejem z orzechów, dodaję łyżeczkę miodu, sporo soku z cytryny (cykoria ciemnieje, cytryna ja rozjaśni). Mieszam z odrobiną musztardy, solą i pieprzem.
Cykorię, orzechy, jabłko i cebulę mieszam, dodaję sos.
Smacznego!
poniedziałek, 26 września 2011
Dziki łosoś w maśle
Jeśli chodzi o łososia, to ryba ta ma zarówno masę fanów, jak i rzeszę antyfanów. Ja do tej drugiej grupy zaliczałam się - nie wiedzieć czemu - w ciąży. Smak łososia kompletnie mi nie odpowiadał, gdy czułam zapach tej ryby, wychodziłam z kuchni.
W ciąży od dawna nie jestem i smak na łososia wrócił, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Ta ryba nie gości zbyt często na moim stole, znacznie częściej kupuję dorsza, mirunę czy poczciwego, dobrze zamrożonego (czyli prawie bez wody) mintaja. Kiedy już mam łososia, najczęściej piekę go z dużą ilością cytryny.
Dziś przyrządziłam (wielkie słowo!:) rybkę w taki oto sposób:
dzwonka dzikiego łososia (bardzo chudy) rozmroziłam powoli na talerzu. Zlałam sokiem z cytryny, posoliłam, oprószyłam pieprzem. Na folię aluminiową, w której piekłam rybę, nalałam trochę oleju i octu winnego. Ułożyłam rybę. Na każdym kawałku położyłam sporo masła i parę plastrów cebuli.
Rybę piekłam w średnio nagrzanym piekarniku ok. 20 minut.
Nie warto przesadzać z czasem pieczenia, bo ryba robi się sucha.
Łososia podałam z ryżem ugotowanym w rosole z kurkumą oraz sałatką z cykorii i orzechów, o której wspomnę następnym razem.
Obiad był wytrawny, sądzę, że połączenie było niezłe.
W ciąży od dawna nie jestem i smak na łososia wrócił, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Ta ryba nie gości zbyt często na moim stole, znacznie częściej kupuję dorsza, mirunę czy poczciwego, dobrze zamrożonego (czyli prawie bez wody) mintaja. Kiedy już mam łososia, najczęściej piekę go z dużą ilością cytryny.
Dziś przyrządziłam (wielkie słowo!:) rybkę w taki oto sposób:
dzwonka dzikiego łososia (bardzo chudy) rozmroziłam powoli na talerzu. Zlałam sokiem z cytryny, posoliłam, oprószyłam pieprzem. Na folię aluminiową, w której piekłam rybę, nalałam trochę oleju i octu winnego. Ułożyłam rybę. Na każdym kawałku położyłam sporo masła i parę plastrów cebuli.
Rybę piekłam w średnio nagrzanym piekarniku ok. 20 minut.
Nie warto przesadzać z czasem pieczenia, bo ryba robi się sucha.
Łososia podałam z ryżem ugotowanym w rosole z kurkumą oraz sałatką z cykorii i orzechów, o której wspomnę następnym razem.
Obiad był wytrawny, sądzę, że połączenie było niezłe.
niedziela, 25 września 2011
Jesień witana w Kazimierzu
Byłam tam, gdy zaczynała się wiosna, teraz pojechałam przywitać jesień.
Była wędrówka jednym z kazimierskich wąwozów, widok na panoramę z Góry Trzech Krzyży, zbieranie kasztanów, kanapki i herbata na deptaku ciągnącym się wzdłuż Wisły.
Dzieciom najbardziej spodobało się Muzeum Przyrodnicze. Fakt - zrobione z głową, porządnie, nie jakieś tam nudziarstwo, ale sporo fajnych ciekawostek, które zainteresowały nawet mnie:)
Na Rynku odbywał się zjazd Harleyowców, było na co popatrzeć!
W sklepie Lawenda kupiłyśmy pachnące suszone kwiaty ziół do szuflad.
Uwielbiam Kazimierz. Byłam tam wiele razy, ale zawsze jest jakoś inaczej. Idealne miejsce do wyłączenia się i złapania oddechu. Chętnie spędziłabym tam cały weekend:)
Była wędrówka jednym z kazimierskich wąwozów, widok na panoramę z Góry Trzech Krzyży, zbieranie kasztanów, kanapki i herbata na deptaku ciągnącym się wzdłuż Wisły.
Dzieciom najbardziej spodobało się Muzeum Przyrodnicze. Fakt - zrobione z głową, porządnie, nie jakieś tam nudziarstwo, ale sporo fajnych ciekawostek, które zainteresowały nawet mnie:)
Na Rynku odbywał się zjazd Harleyowców, było na co popatrzeć!
W sklepie Lawenda kupiłyśmy pachnące suszone kwiaty ziół do szuflad.
Uwielbiam Kazimierz. Byłam tam wiele razy, ale zawsze jest jakoś inaczej. Idealne miejsce do wyłączenia się i złapania oddechu. Chętnie spędziłabym tam cały weekend:)
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Myjemy płytki. Na błysk!
W sobotę zabrałam się za mycie płytek ściennych w kuchni. Całą ścianę nad zlewem i kuchenką mam obłożoną płytkami, które szybko się zatłuszczają, mażą i zaczynają kleić.
Opatentowałam świetny sposób na dokładne zmycie brudu, tłuszczu i wszelkich "smarów".
Oto kolejne kroki, po przejściu których moja kuchenna ściana wygląda jest wypolerowana na wysoki połysk, nie ma na niej ani grama tłuszczu i ani jednej smugi:
krok 1 namaczanie
Uprzątnęłam z lad wszystkie gadżety. Ścianę mocno spryskałam sprayem Ludwik do tłustych powierzchni. Spryskałam raz i drugi, na chwilę zostawiłam.
krok 2 odtłuszczanie
Do wiaderka wlałam wodę z płynem do mycia naczyń (w moim przypadku ulubiony, sprawdzony Fairy z granatem i pomarańczą) oraz octem (nad zlewem płytki zawsze są lekko zakamienione od wody). Przetarłam tym roztworem ścianę i - przy okazji lady.
krok 3 nabłyszczanie
Na koniec wszystko spryskałam sprayem Clin do szkła. Wytarłam płytki i ladę papierowymi ręcznikami.
Mucha nie siada! Ściana wygląda idealnie, lada również.
Opatentowałam świetny sposób na dokładne zmycie brudu, tłuszczu i wszelkich "smarów".
Oto kolejne kroki, po przejściu których moja kuchenna ściana wygląda jest wypolerowana na wysoki połysk, nie ma na niej ani grama tłuszczu i ani jednej smugi:
krok 1 namaczanie
Uprzątnęłam z lad wszystkie gadżety. Ścianę mocno spryskałam sprayem Ludwik do tłustych powierzchni. Spryskałam raz i drugi, na chwilę zostawiłam.
krok 2 odtłuszczanie
Do wiaderka wlałam wodę z płynem do mycia naczyń (w moim przypadku ulubiony, sprawdzony Fairy z granatem i pomarańczą) oraz octem (nad zlewem płytki zawsze są lekko zakamienione od wody). Przetarłam tym roztworem ścianę i - przy okazji lady.
krok 3 nabłyszczanie
Na koniec wszystko spryskałam sprayem Clin do szkła. Wytarłam płytki i ladę papierowymi ręcznikami.
Mucha nie siada! Ściana wygląda idealnie, lada również.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































