Wpadłam w szał zimowych porządków. Każdego dnia staram się znaleźć godzinkę na doprowadzenie do porządku małego skrawka mieszkania. A to szuflady, a to kuchenne zakątki, szafy z ubraniami czy łazienka.
Właśnie w łazience spędziłam ostatnio sporo czasu. Za punkt honoru wzięłam sobie doprowadzenie do perfekcyjnej czystości kabiny prysznicowej. Kupiłam płyn, który spełnił moje oczekiwania, choć w niektórych miejscach (mało widocznych kątach, gdzie trudno dotrzeć szczotką przy każdym szorowaniu) będę musiała jeszcze zadziałać.
Jestem jednak zadowolona i z czystym sumieniem polecam ten spray. Jest dość mocny i drażniący, warto więc sprzątać łazienkę przy dobre wentylacji. Najpierw spryskujemy płytki, kabinę prysznicową, armaturę, potem zostawiamy, ewentualnie miejsca bardziej zabrudzone spryskujemy jeszcze raz. Po pewnym czasie płyn można spłukać, można przetrzeć powierzchnię gąbką.
Tytan dobrze oczyszcza krany, kurki i płytki z kamienia i osadu. Zmiękcza wszystko tak, że osad schodzi łatwiej. Wydaje mi się, że nawet bardzo brudne powierzchnie wyczyści bez kłopotu - o ile powtórzymy czynność po pewnym czasie.
W sieci znalazłam jeszcze inne produkty z tej serii. Myślę, że przydałby mi się żel do czyszczenia przypalonych powierzchni. Piekarnik lubi zapiekać brud, który potem schodzi bardzo bardzo trudno.
Jak kupię i wypróbuję, na pewno napiszę czy jest skuteczny.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 grudnia 2011
piątek, 14 października 2011
Sielskie życie - 2. numer magazynu
2. numer Sielskiego życia kupiłam już dobre dwa, może nawet trzy tygodnie temu. Było jeszcze ciepło, siedziałam w sadzie i czytałam pismo, które ma szansę stać się moim ulubionym.
Jako urodzona we wrześniu panienka uwielbiam jesień i wszelkie jej przejawy. Dlatego jesienny właśnie numer magazynu pochłonęłam łapczywie.
Podoba mi się szata graficzna tej gazety. Zdjęcia nie są przedrukowywane, brane z agencji i kopiowane. To autentyczne, autorskie fotki, moim zdaniem wielki plus magazynu.
Wewnątrz dużo ciekawych tematów - mnie zainteresował szczególnie artykuł o... robieniu kompostu. Nie ma się z czego śmiać - codziennie w koszu lądują takie ilości organicznych odpadów, że naprawdę myślę o stworzeniu kompostu. Liści, chwastów i innych dóbr nie zabraknie. Artykuł jest porządnie napisany, klarowny, rzetelny i na pewno przyda mi się w praktyce.
Czytelnicy znajdą w nowym numerze Sielskiego... ciekawe historie ludzi, którzy postanowili żyć blisko natury i słuchać swoich pragnień. Inspirujące, pouczające opowieści.
Jest też ciekawy artykuł o cebuli, garść jesiennych przepisów okraszonych pięknymi i smakowitymi zdjęciami. Jest i o pomidorach, i o dzikiej róży (z której herbatkę popijam ostatnio ze smakiem).
Dzieciom można poczytać o zwierzakach - są artykuły o ptakach i dzikich mieszkańcach lasów. I znów ładne zdjęcia - dzieciaki z pewnością będą oglądać z zachwytem.
A na koniec deser - zaproszenie do mojego ukochanego Kazimierza. Piękna widokówka, choć moim zdaniem w artykule przydałoby się więcej konkretów, ciekawostek i ludzi.
Ale - jak mówię - to reklama, pocztówka z miejsca.
Magazyn kosztuje 8,90 zł. Mało w nim reklam. Mam nadzieję, że przetrwa, ja czekam już na zimowy numer:)
Jako urodzona we wrześniu panienka uwielbiam jesień i wszelkie jej przejawy. Dlatego jesienny właśnie numer magazynu pochłonęłam łapczywie.
Podoba mi się szata graficzna tej gazety. Zdjęcia nie są przedrukowywane, brane z agencji i kopiowane. To autentyczne, autorskie fotki, moim zdaniem wielki plus magazynu.
Wewnątrz dużo ciekawych tematów - mnie zainteresował szczególnie artykuł o... robieniu kompostu. Nie ma się z czego śmiać - codziennie w koszu lądują takie ilości organicznych odpadów, że naprawdę myślę o stworzeniu kompostu. Liści, chwastów i innych dóbr nie zabraknie. Artykuł jest porządnie napisany, klarowny, rzetelny i na pewno przyda mi się w praktyce.
Czytelnicy znajdą w nowym numerze Sielskiego... ciekawe historie ludzi, którzy postanowili żyć blisko natury i słuchać swoich pragnień. Inspirujące, pouczające opowieści.
Jest też ciekawy artykuł o cebuli, garść jesiennych przepisów okraszonych pięknymi i smakowitymi zdjęciami. Jest i o pomidorach, i o dzikiej róży (z której herbatkę popijam ostatnio ze smakiem).
Dzieciom można poczytać o zwierzakach - są artykuły o ptakach i dzikich mieszkańcach lasów. I znów ładne zdjęcia - dzieciaki z pewnością będą oglądać z zachwytem.
A na koniec deser - zaproszenie do mojego ukochanego Kazimierza. Piękna widokówka, choć moim zdaniem w artykule przydałoby się więcej konkretów, ciekawostek i ludzi.
Ale - jak mówię - to reklama, pocztówka z miejsca.
Magazyn kosztuje 8,90 zł. Mało w nim reklam. Mam nadzieję, że przetrwa, ja czekam już na zimowy numer:)
poniedziałek, 30 maja 2011
Ser koryciński i nowy magazyn - Sielskie życie
Kilka dni temu znajomy, który hoduje kozy, przyniósł nam pyszny ser.
Właściciel kózek wprawia się w wyrób różnego rodzaju serów, dopracowuje technologię, eksperymentuje ze smakami. Oprócz zwykłych twarogowych serów z koziego mleka zaczął wyrabiać sery w typie sera korycińskiego.
Zbiegiem okoliczności w moim domu wylądował dziś 1. numer nowego magazynu Sielskie życie. Pismo traktuje o tym, do czego dziś tęskni tak wiele osób - o spokojnym życiu w zgodzie z naturą, o korzystaniu z darów ziemi i cieszeniu się małymi rzeczami, których tak wiele wokół nas.
Jeden z artykułów dotyczy właśnie słynnego sera korycińskiego. Lekturę zostawiam sobie na wieczór, wiem jedno - magazyn jest na niezłym poziomie i zdaje się, że zostanę jego wierną czytelniczką. Kosztuje 8,90 zł, liczy 130 stron. Zawiera przepiękne, nastrojowe i inspirujące zdjęcia, są w nim przepisy, historie o ludziach, zwierzętach i roślinach. Bardzo potrzebne wytchnienie!
Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z magazynu. I polecam - poszukajcie w swoim kiosku i przejrzyjcie. Może Wam też poprawi nastrój i da inspirację?
Właściciel kózek wprawia się w wyrób różnego rodzaju serów, dopracowuje technologię, eksperymentuje ze smakami. Oprócz zwykłych twarogowych serów z koziego mleka zaczął wyrabiać sery w typie sera korycińskiego.
Zbiegiem okoliczności w moim domu wylądował dziś 1. numer nowego magazynu Sielskie życie. Pismo traktuje o tym, do czego dziś tęskni tak wiele osób - o spokojnym życiu w zgodzie z naturą, o korzystaniu z darów ziemi i cieszeniu się małymi rzeczami, których tak wiele wokół nas.
Jeden z artykułów dotyczy właśnie słynnego sera korycińskiego. Lekturę zostawiam sobie na wieczór, wiem jedno - magazyn jest na niezłym poziomie i zdaje się, że zostanę jego wierną czytelniczką. Kosztuje 8,90 zł, liczy 130 stron. Zawiera przepiękne, nastrojowe i inspirujące zdjęcia, są w nim przepisy, historie o ludziach, zwierzętach i roślinach. Bardzo potrzebne wytchnienie!
Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z magazynu. I polecam - poszukajcie w swoim kiosku i przejrzyjcie. Może Wam też poprawi nastrój i da inspirację?
poniedziałek, 23 maja 2011
Rarytasy z pewnego marketu
Ostatnio bujam się po mieście, bywa w różnych miejscach i czasem przez przypadek udaje mi się trafić na niezłą ofertę.
W przypadku Lidla było trochę inaczej. Od znajomych dowiedziałam się, że do ich sklepu (poza miastem) właściciel sprowadza świetne słodycze z Lidla.
Wpadliśmy więc wczoraj na mały rekonesans do tego marketu. Pierwszy raz byłam w Lidlu, nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Okazało się, że znajomi mieli rację. Naturalne greckie słodkie smakołyki to był strzał w dziesiątkę.
Ja nie przepadam za słodyczami. Sporadycznie jem czekoladę, ciasta mnie nudzą. Co innego bakalie i naturalna słodycz - miód. To uwielbiam, dlatego batony z migdałów zatopionych w glazurze z cukru i miodu oraz naturalne sezamki (także z miodem) powaliły mnie na kolana.
A jako że w Lidlu jest właśnie obchodzony tydzień (a może miesiąc?) francuski, przy okazji kupiliśmy świetny ser i salami - francuskie właśnie.
Polecam też pistacje sprzedawane tam prosto z wielkiego worka - są pyszne, łatwo się otwierają i nie są przesuszone. Pycha!!!
Ceny:
Baton sezamowy z miodem - 2,99
Baton migdałowy - 3,49
Chałwa migdałowa - 6,99
Pistacje - 37,99
W przypadku Lidla było trochę inaczej. Od znajomych dowiedziałam się, że do ich sklepu (poza miastem) właściciel sprowadza świetne słodycze z Lidla.
Wpadliśmy więc wczoraj na mały rekonesans do tego marketu. Pierwszy raz byłam w Lidlu, nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Okazało się, że znajomi mieli rację. Naturalne greckie słodkie smakołyki to był strzał w dziesiątkę.
Ja nie przepadam za słodyczami. Sporadycznie jem czekoladę, ciasta mnie nudzą. Co innego bakalie i naturalna słodycz - miód. To uwielbiam, dlatego batony z migdałów zatopionych w glazurze z cukru i miodu oraz naturalne sezamki (także z miodem) powaliły mnie na kolana.
A jako że w Lidlu jest właśnie obchodzony tydzień (a może miesiąc?) francuski, przy okazji kupiliśmy świetny ser i salami - francuskie właśnie.
Polecam też pistacje sprzedawane tam prosto z wielkiego worka - są pyszne, łatwo się otwierają i nie są przesuszone. Pycha!!!
Ceny:
Baton sezamowy z miodem - 2,99
Baton migdałowy - 3,49
Chałwa migdałowa - 6,99
Pistacje - 37,99
piątek, 29 kwietnia 2011
Biały Jeleń - recenzja
Wiele osób pamięta jeszcze te mydła z czasów PRL. Biały Jeleń był chyba najbardziej dostępnym, oferowanym w formie "deputatów" pracownikom wielu zakładów, mydłem.
Dziś Biały Jeleń przeżywa swą drugą młodość. Został wpisany w nowy kontekst rynku i świetnie sobie na nim radzi. Nowa, odświeżona nuta zapachowa, bardzo duży wybór produktów oraz fakt, że wszystkie są łagodne i mogą być stosowane przez alergików, a także osoby o wrażliwej skórze sprawiają, że produkty z serii Biały Jeleń cieszą się coraz większą popularnością.
Mój powrót do Jelenia zaczął się od twardych mydeł w kostkach. W ubiegłym roku córka cierpiała na atak atopowego zapalenia skóry i to mydło okazało się jedynym, które tolerowała jej skóra.
Kostki porzuciłam dla mydła w płynie, jak tylko znalazłam je na sklepowych półkach. Potem kupiłam żel pod prysznic - był wydajny, delikatnie pachniał i nie wysuszał skóry.
A wczoraj kupiłam sobie balsam do mycia naczyń oraz płyn do prania z tej serii.
Wypróbowałam już balsam - jest całkiem niezły, choć nie pieni się tak, jak moje dotychczasowe (jednak nieprzyjemne dla skóry rąk) płyny. Mam nadzieję, że zgodnie z informacją producenta ten balsam nie będzie mi tak tragicznie wysuszał skóry. Tłuszcz z naczyń schodzi jak należy, zapach nie jest zbyt mocny, ale wyczuwalny. Płyn dobrze się spłukuje. Za litr zapłaciłam 4,50 PLN.
Wieczorem wypróbuję płyn do prania, na pewno podzielę się opinią:)
Na stronie producenta (znajdziecie ją tutaj) znalazłam jeszcze coś, co zwróciło moją uwagę - żel do mycia twarzy, łagodny, w dwóch wersjach. Będę go szukać w drogeriach i z przyjemnością wypróbuję.
Dziś Biały Jeleń przeżywa swą drugą młodość. Został wpisany w nowy kontekst rynku i świetnie sobie na nim radzi. Nowa, odświeżona nuta zapachowa, bardzo duży wybór produktów oraz fakt, że wszystkie są łagodne i mogą być stosowane przez alergików, a także osoby o wrażliwej skórze sprawiają, że produkty z serii Biały Jeleń cieszą się coraz większą popularnością.
Mój powrót do Jelenia zaczął się od twardych mydeł w kostkach. W ubiegłym roku córka cierpiała na atak atopowego zapalenia skóry i to mydło okazało się jedynym, które tolerowała jej skóra.
Kostki porzuciłam dla mydła w płynie, jak tylko znalazłam je na sklepowych półkach. Potem kupiłam żel pod prysznic - był wydajny, delikatnie pachniał i nie wysuszał skóry.
A wczoraj kupiłam sobie balsam do mycia naczyń oraz płyn do prania z tej serii.
Wypróbowałam już balsam - jest całkiem niezły, choć nie pieni się tak, jak moje dotychczasowe (jednak nieprzyjemne dla skóry rąk) płyny. Mam nadzieję, że zgodnie z informacją producenta ten balsam nie będzie mi tak tragicznie wysuszał skóry. Tłuszcz z naczyń schodzi jak należy, zapach nie jest zbyt mocny, ale wyczuwalny. Płyn dobrze się spłukuje. Za litr zapłaciłam 4,50 PLN.
Wieczorem wypróbuję płyn do prania, na pewno podzielę się opinią:)
Na stronie producenta (znajdziecie ją tutaj) znalazłam jeszcze coś, co zwróciło moją uwagę - żel do mycia twarzy, łagodny, w dwóch wersjach. Będę go szukać w drogeriach i z przyjemnością wypróbuję.
niedziela, 6 marca 2011
Czajnik elektryczny Zelmer - recenzja
Przez nasz dom przemaszerowało wiele czajników. Z dalekiej wyprawy przywiozłam mały, zielony czajniczek z drewnianą pokrywką. Gustowny, acz totalnie niepraktyczny. Designerski, lecz chybotliwy i mały.
Przez lata gwizdały u nas stalowe czajniki, których szczerze nie znosiłam. Wodę gotuje się w takim stanowczo za długo. Zanim zaczęliśmy używać filtrów do wody czajniki non stop były zawalone kamieniem.
Potem - na próbę - kupiliśmy tani plastikowy czajnik elektryczny. Sprawdzał się, ale krótko. Jeszcze na gwarancji zepsuł się i producent wymienił nam go na nowy model. Nowy też się zepsuł, potem kolejny. W sumie ratowali nam ten czajnik chyba ze cztery razy.
W końcu poddaliśmy się w Media Markt kupiliśmy inny czajnik. Posłużył nam kilka miesięcy, ale uznaliśmy, że zapach plastiku wydobywający się z niego jest nie do zniesienia, poza tym przestraszyliśmy się, że łykamy wraz z herbatką rakotwórcze dodatki i czajnik wylądował na szafie.
Kupiliśmy Zelmera. Nie był bardzo drogi, kosztował wtedy niewiele ponad 100 złotych. Służył dzielnie przez długi czas, służyła mu filtrowana woda. Jednak grzałka w końcu i tak się spaliła. Odesłaliśmy czajnik do producenta. Dostaliśmy - w ramach gwarancji - nowy model.
I co?
Miał być niezawodny, a tymczasem... przecieka! Na dole, pod uchwytem przez cały czas są przesiąki. Po dłuższym czasie robi się tam paskudny kamień. I lepiej go nie ścierać, bo wtedy woda cieknie jeszcze zacieklej:)
Nie mam już siły reklamować kolejny raz tego czajnika. Wiem, że to słabe ogniwo w produkcji Zelmera - w internecie więcej klientów skarżyło się na to, że czajnik przecieka. Może nowsze modele już nie są wadliwe, może grzeją wodę jak szalone, a ich grzałki się nie przepalają.
Ja chyba mam pecha...
Jeśli macie do czynienia z innymi, lepszymi modelami czajnika, napiszcie.
Przez lata gwizdały u nas stalowe czajniki, których szczerze nie znosiłam. Wodę gotuje się w takim stanowczo za długo. Zanim zaczęliśmy używać filtrów do wody czajniki non stop były zawalone kamieniem.
Potem - na próbę - kupiliśmy tani plastikowy czajnik elektryczny. Sprawdzał się, ale krótko. Jeszcze na gwarancji zepsuł się i producent wymienił nam go na nowy model. Nowy też się zepsuł, potem kolejny. W sumie ratowali nam ten czajnik chyba ze cztery razy.
W końcu poddaliśmy się w Media Markt kupiliśmy inny czajnik. Posłużył nam kilka miesięcy, ale uznaliśmy, że zapach plastiku wydobywający się z niego jest nie do zniesienia, poza tym przestraszyliśmy się, że łykamy wraz z herbatką rakotwórcze dodatki i czajnik wylądował na szafie.
Kupiliśmy Zelmera. Nie był bardzo drogi, kosztował wtedy niewiele ponad 100 złotych. Służył dzielnie przez długi czas, służyła mu filtrowana woda. Jednak grzałka w końcu i tak się spaliła. Odesłaliśmy czajnik do producenta. Dostaliśmy - w ramach gwarancji - nowy model.
I co?
Miał być niezawodny, a tymczasem... przecieka! Na dole, pod uchwytem przez cały czas są przesiąki. Po dłuższym czasie robi się tam paskudny kamień. I lepiej go nie ścierać, bo wtedy woda cieknie jeszcze zacieklej:)
Nie mam już siły reklamować kolejny raz tego czajnika. Wiem, że to słabe ogniwo w produkcji Zelmera - w internecie więcej klientów skarżyło się na to, że czajnik przecieka. Może nowsze modele już nie są wadliwe, może grzeją wodę jak szalone, a ich grzałki się nie przepalają.
Ja chyba mam pecha...
Jeśli macie do czynienia z innymi, lepszymi modelami czajnika, napiszcie.
sobota, 26 lutego 2011
Piątkowa kolacja - pizza gigant z Acerny
Do tej pizzerii chodziłam jeszcze w czasach studenckich, kiedy w Lublinie nie było tak olbrzymiej, jak dziś, konkurencji. Atutem tego lokalu był fakt, że zazwyczaj znajdowało się tam miejsce dla głodnych studentów (lokal jest duży, obejmuje sale mieszczące się w podziemiach), a pizza była bardzo smaczna.
Przez lata byłam wierna tej pizzerii i wpadam tam do dziś - czasem z całą rodziną, czasem tylko po pizzę na wynos. Wszyscy Lublinianie na pewno dobrze wiedzą, gdzie mieści się lokal, dla gości informacja - pizzerię znajdziecie na lubelskiej Starówce, niedaleko Bramy Krakowskiej, w kamienicy Sebastiana Klonowica - Acernusa (od niego pochodzi nazwa lokalu).
Wczoraj po południu "naszło" mnie na taką właśnie pyszną pizzę z pieca. Przypieczoną po bokach, na cieniutkim cieście - co zaznaczyłam zamawiając ciasto przez telefon.
Pizza gigant - 42-centymetrowa z różnymi rodzajami serów i oliwkami (QUATTRO FORMAGGI), kosztowała 26 złotych. To chyba naprawdę niewiele, jak na zupełnie przyzwoitą pizzę.
Nie zdążyłam nawet zrobić fotek - kiedy przywiozłam pizzę do domu, dzieci dosłownie rzuciły się na nią. W ciągu 20 minut było po sprawie:)
Jeśli znacie miejsca w Lublinie, gdzie można zjeść smaczną pizzę, koniecznie napiszcie w komentarzach. Chętnie się tam zjawię!
Przez lata byłam wierna tej pizzerii i wpadam tam do dziś - czasem z całą rodziną, czasem tylko po pizzę na wynos. Wszyscy Lublinianie na pewno dobrze wiedzą, gdzie mieści się lokal, dla gości informacja - pizzerię znajdziecie na lubelskiej Starówce, niedaleko Bramy Krakowskiej, w kamienicy Sebastiana Klonowica - Acernusa (od niego pochodzi nazwa lokalu).
Wczoraj po południu "naszło" mnie na taką właśnie pyszną pizzę z pieca. Przypieczoną po bokach, na cieniutkim cieście - co zaznaczyłam zamawiając ciasto przez telefon.
Pizza gigant - 42-centymetrowa z różnymi rodzajami serów i oliwkami (QUATTRO FORMAGGI), kosztowała 26 złotych. To chyba naprawdę niewiele, jak na zupełnie przyzwoitą pizzę.
Nie zdążyłam nawet zrobić fotek - kiedy przywiozłam pizzę do domu, dzieci dosłownie rzuciły się na nią. W ciągu 20 minut było po sprawie:)
Jeśli znacie miejsca w Lublinie, gdzie można zjeść smaczną pizzę, koniecznie napiszcie w komentarzach. Chętnie się tam zjawię!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















