Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do tej kiełbasy, która w moim domu znalazła się przypadkowo.
Kupił ją teść, ale nie spełniła jego oczekiwań. Przyniósł nam - bo wie, że lubimy próbować nowe smaki i żaden dziwny rarytas nie jest nam straszny.
Kiełbasa leżała w lodówce 2 dni.
Chodziłam wokół niej jak pies wokół jeża myśląc czy nadaje się do zjedzenia na zimno, czy lepiej jakoś ją przyrządzić. Teść twierdził, że jest to wędlina zrobiona z surowego mięsa i suszona. Jemu nie odpowiadała zbyt mała ilość czosnku, twierdził też, że jest zbyt pieprzna.
Wczoraj robiłam grochówkę (o niej potem). Wrzuciłam więc do zupy - już pod koniec gotowania - spory kawałek tej kiełbasy.
Gdy grochówka była gotowa, wyjęłam kiełbasę i pokroiłam ją w kostkę. Mocno słona, z dużą ilością gorczycy, faktycznie pieprzna. Nie czułam czosnku, dał się za to wyczuć aromat majeranku. Mięso chude, zwarte. Smaczne - pomyślałam. Wieczorem wrzuciłam kilka grubych, ściętych skośnie plastrów palcówki na patelnię. Zjadłam ze smakiem do jajek sadzonych i sałatki.
W sumie kiełbasę oceniam na czwórkę z plusem. Nie zjem jej chyba na zimno, ale na ciepło - zwłaszcza, jako dodatek do potraw, jest dobra.
Jeśli macie swoje własne doświadczenia z tą wędliną - piszcie koniecznie!


