wtorek, 2 sierpnia 2011

A w ogródku... mieczyki

Nawóz spod przepiórek, czyli dosadnie rzecz ujmując przepiórcze kupki zdały egzamin. Tego lata w ogródku zieleń buja i szaleje.

Z pewnością jest to zasługa niemal monsunowych deszczy, które przez większość lipca padały z nużącą regularnością, ale i ptaszki znajomego mają swój udział we florystycznym sukcesie Pani Domu.

Dziś rozwinął się pięknie fioletowy okaz mieczyka. Pierwszy był bladoróżowy, delikatny, świeży. Ten jest dostojny i poważny.

I wielce uroczy:)


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pieczony rostbef wołowy

Wołowina to dla mnie mięso-niespodzianka.

W przeciwieństwie do wieprzowiny czy drobiu, dania przygotowane z wołowiny za każdym razem zaskakują mnie pozytywnie fantastycznym smakiem i świetną strukturą. A wszystko robi się właściwie samo...

Dziś przepis na wspaniały obiad, w dodatku robiony szybko i bez nadmiernych ceregieli.



Potrzebujemy:

ładny kawałek rostbefu
sól pieprz
ocet
ewentualnie słonina, choć wcale nie jest konieczna, zwłaszcza, jeśli mięso jest dość tłuste.


Jak przygotować?

Banalnie. Umyte mięso nacieramy solą i pieprzem. Nakłuwamy włókna ostrym nożem lub specjalnym szpikulcem do mięsa. Można naszpikować mięso kawałkami słoniny, choć nie jest to konieczne. Zlewamy gorącym octem i zostawiamy pod przykryciem na godzinę.

Po tym czasie wkładamy porcję do rozgrzanego piekarnika i pieczemy - w zależności od wielkości kawałka (1 kilogram około godziny).

Upieczony rostbef to niebo w gębie. Ja podałam pieczeń z ryżem oraz z surówką z czerwonej kapusty. Polecam!

wtorek, 28 czerwca 2011

Z perspektywy Facebooka - Boże Ciało denerwuje

"Czy ktoś oprócz mnie miał dziką chęć krzyknąć na procesję "zamknijcie się"? - pyta wykształcona, znająca kilka języków i bywająca w świecie nastolatka.

"Wracałem właśnie z jogi i nie mogłem przejechać ulicą przez chrześcijańską procesję, która zajęła całą drogę, śpiewając przy tym ich święte piosenki, sypiąc kwiatki i inne g... dookoła. Huh, ze wszystkich katolickich świąt to jest najbardziej irytujące" - irytuje się uzyskując niezwykły poklask lider death metalowego zespołu.

Co takiego jest w procesjach Bożego Ciała, że ludzie stroniący od kościoła tak żywiołowo reagują na to zjawisko?

Swoich inspiracji szukają w obcych krajach, totalnie różnych nam kulturowo miejscach. Intryguje ich to, co inne, co dziwne, odmienne od naszego. Zdaje się, że słowo "swojski" brzydzi ich i odrzuca.

Folklor? Owszem, ale Indian z Południowej Ameryki. Dialekt? Tak, jak najbardziej, ale na pewno nie ten, którym posługują się jeszcze chłopi w Małopolsce.

Przecież to wiocha.

Tak samo wiochą jest "chodzenie do kościoła", celebrowanie świąt, wsłuchiwanie się w zwyczaje przodków.

Domagają się poszanowania dla innych, tolerancji i otwartości, sami oferując zamknięcie i klaustrofobiczny wręcz lęk przed "moherem".

Wiocha denerwuje, słoma z butów wystaje. Niestety.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Lawendowy olejek, lawendowy balsam...

Do niedawna miałam awersję do lawendy.

Zaczęło się, gdy byłam w ciąży. Drażniły mnie wtedy różne zapachy, między innymi właśnie lawenda - o takim zapachu miałam przez pewien czas płyn do płukania tkanin. Potem, ile razy poczułam ten zapach, czułam powracające mdłości i przypominałam sobie, jak słabo bywało swego czasu.

Odrzuciłam więc wszelką chemię z przymiotnikiem "lawendowy" w nazwie.

W ubiegłym roku mój wstręt musiał zostać przełamany. Mąż ustawił na parapecie rząd doniczek z lawendą, która odstrasza insekty. Zaczęłam lubić tę roślinę, bo w domu nagle przestały bzykać komary, a i muchy i inne owady niechętnie wlatywały przez pachnące lawendą okno.

W tym roku poszłam jeszcze dalej. Oprócz lawendy na oknie kropię dom olejkiem lawendowym. Nie za dużo i głównie wieczorem, żeby dzieci mogły spokojnie spać i były na 100 procent wolne od komarów.

A dziś kupiłam sobie jeszcze balsam do mycia naczyń - Ludwik o zapachu lawendy. Pachnie bosko, ale niestety z wydajnością u niego nie jest najlepiej... To nic. Mycie naczyń przy tak miłej woni przestaje być udręką.

Na koniec zaczerpnięty ze strony avicenna.com opis właściwości olejku lawendowego. Warto go mieć w domu i używać!



Mówi się o nim jako o olejku o najbardziej wszechstronnym działaniu. Jego przeciwbólowe, antyseptyczne i antybiotyczne właściwości sprawiają iż olejek ten może być doskonałym lekiem przy przeziębieniu lub grypie, łagodzi kaszel, katar i zapalenie zatok. W takich przypadkach najlepsze okazują się być inhalacje. Lawenda ma też działanie uspokajające. Łagodzi depresje, lęki, stany podenerwowania., ułatwia zasypianie - szczególnie przy bezsenności spowodowanej zdenerwowaniem. Z drugiej strony pobudza przy ociężałości umysłowej i zmęczeniu psychicznym - stymuluje pracę układu nerwowego.
Przeciwbólowe działanie olejku lawendowego wykorzystuje się przy bólach głowy, migrenach (można kilka kropli delikatnie wetrzeć w skroń lub położyć zimny kompres na czoło lub kark), a także przy bólach menstruacyjnych (okłady). Uważa się, iż olejek pomocny jest również przy nieregularnym cyklu i problemach menopauzy). Olejek ten stosuje się przy bólach reumatycznych i mięśniobólach (kąpiele lub masaż). Bakteriobójcze i grzybobójcze działanie olejku często wykorzystuje się do pielęgnacji skóry a szczególnie w walce z grzybicami skóry, stanami zapalnymi skóry, egzemami, a nawet z trądzikiem, łupieżem i rozstępami skóry.
Olejek zapobiega gromadzeniu się płynów w organizmie dzięki czemu może być wykorzystywany w leczeniu cellulite i otyłości (kąpiele, masaż).
Olejek lawendowy bardzo często wykorzystywany jest jako środek odstraszający owady. Szczególnie znany jest ze swego repelencyjnego działania na mole, ale skutecznie odstrasza również inne owady jak na przykład komary. Olejek lawendowy znakomicie łagodzi skutki ukąszeń owadów.
Olejek lawendowy dobry jest do stosowania w mieszankach. Działanie olejku pogłębia się jeśli zastosuje się go w połączeniu z innymi olejkami np.: z rozmarynowym (przy mięśniobólach), z melisy (egzemy), z bergamotowym lub cytrynowym (odstrasza komary),. Z drugiej strony lawenda podwyższa skuteczność innych olejków z którymi jest zmieszana.
W sprzedaży często występuje olejek tzw. Lawendynowy lavandula fragrance, który zapachowo trudny jest do odróżnienia od prawdziwego olejku lawendy lekarskiej lavandula officinalis. Jednak nie posiada on wspomnianych wyżej właściwości leczniczych i jest dużo tańszy. Zatem zawsze upewnijmy się z jakiej rośliny pochodzi dany olejek (czy producent podaje nazwę łacińską rośliny).
(źródło: awicenna.com).

środa, 1 czerwca 2011

Botwinka!

Barszcz czerwony bardzo lubię. Ale to, co czuję do botwinki, czyli wiosennej zupy z młodziutkich buraczków, jest uczuciem stokroć silniejszym! Ja botwinkę kocham!


Dlatego z niecierpliwością czekałam na pierwsze pęki buraczków poukładane na targowych straganach. Doczekałam się. Najpierw kupiłam porcję sporej wielkości buraczków, przy których nie było zbyt dużo liści, potem dokupiłam pęk soczystych listków z malutkimi buraczkami. Wszystko do skrojenia i ugotowania!



Moja botwinka stanowi mieszankę smaków z dzieciństwa i ostatnich lat. Cebulka, którą dodaję, zawsze przypomina mi wiosny, gdy miała kilka i kilkanaście lat. Dziś taki barszcz - właśnie z cebulką - uwielbia moja córka. Druga woli koperek, jako że cebula to jej słaby punkt w menu.

Barszczyk z młodych buraków robi się banalnie prosto.

SKŁADNIKI

Pęczek młodych pędów i liści buraczków
4 młode buraki - już bez liści, gdyż te stają się mniej smaczne
jarzyny na porządny wywar
dużo koperku
młode ziemniaczki
cebulka - najlepiej oczywiście młoda
ząbek czosnku

PRZEPIS

Gotuję wywar z marchwi, selera, kapusty, pietruszki, cebuli i pora. Dolewam do niego 2 łyżki oleju.
Buraczki dokładnie myję, wszystko kroję na małe kawałki.
Buraki wrzucam do gotowego wywaru, gotuję ok. 15 minut, nie dłużej - młode warzywa szybko się gotują, nie trzeba ich rozgotowywać. Lepiej, by były chrupkie.

Gotuję młode ziemniaki, podsmażam cebulkę.

Botwinkę doprawiam czosnkiem, solą, pieprzem i sokiem z cytryny (nie za dużo).

Całość posypuję dużą ilością koperku.

Ot i cała filozofia. Przepyszna zupa gotowa.

poniedziałek, 30 maja 2011

Ser koryciński i nowy magazyn - Sielskie życie

Kilka dni temu znajomy, który hoduje kozy, przyniósł nam pyszny ser.



Właściciel kózek wprawia się w wyrób różnego rodzaju serów, dopracowuje technologię, eksperymentuje ze smakami. Oprócz zwykłych twarogowych serów z koziego mleka zaczął wyrabiać sery w typie sera korycińskiego.


Zbiegiem okoliczności w moim domu wylądował dziś 1. numer nowego magazynu Sielskie życie. Pismo traktuje o tym, do czego dziś tęskni tak wiele osób - o spokojnym życiu w zgodzie z naturą, o korzystaniu z darów ziemi i cieszeniu się małymi rzeczami, których tak wiele wokół nas.


Jeden z artykułów dotyczy właśnie słynnego sera korycińskiego. Lekturę zostawiam sobie na wieczór, wiem jedno - magazyn jest na niezłym poziomie i zdaje się, że zostanę jego wierną czytelniczką. Kosztuje 8,90 zł, liczy 130 stron. Zawiera przepiękne, nastrojowe i inspirujące zdjęcia, są w nim przepisy, historie o ludziach, zwierzętach i roślinach. Bardzo potrzebne wytchnienie!

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z magazynu. I polecam - poszukajcie w swoim kiosku i przejrzyjcie. Może Wam też poprawi nastrój i da inspirację?



Sezon truskawkowy otwarty

Pierwsze truskawki pojawiły się w domu w sobotę. Jeszcze drogie - 10 zł. za kilogram, ale kiedy córka zobaczyła w sklepie łubianki, nie potrafiłam jej odmówić.


Dziś na targu ceny kształtowały się już w granicach 7,50 - 9 złotych. Kupiłam owoce, ale nie były tak smaczne jak te pierwsze. Mniej słodkie i - jak mawia mój mąż - pastewne.

Będę musiała poszukać sprzedawcy z dobrą odmianą. Bo choć wszyscy chwalą, że ich są "naj", jednak nie wszystkie są smaczne - słodkie i kruche.

Dzieci póki co pałaszują owoce sauté. Po południu zjadły je z bitą śmietaną, zachwytom nie było końca:)

Zatem smacznego - przed nami miesiąc cieszenia się narodowym owocem:)

niedziela, 29 maja 2011

Kostium kąpielowy z Decathlonu

Wpadłam dziś do Decathlonu, żeby kupić córce buty. Butów nie kupiłam, ale kupiłam coś innego - dwa stroje kąpielowe.

O tym dla córki nie będę pisać zbyt wiele - to jednoczęściowy strój w kolorze maliny za jedyne 19 złotych z groszami. Córka ma jeden mniejszy, bardzo podobny. Sprawiał się świetnie, więc na lato postanowiłam kupić większy.

A jako że sama w ubiegłym sezonie paradowałam w kostiumie jeszcze z czasów studenckich (tak, mieszczę się, mieszczę!), zerknęłam na półki z kostiumami dla kobiet.

W oko wpadło mi bikini w czekoladowym kolorze. Oddzielnie sprzedawane majtki, oddzielnie stanik. Obie części w cenie 14,99 złotych. Tanio!

Materiał dobry, kolor cudowny - mój ulubiony. Kostium jest skąpy, ale się nie zsuwa i ładnie leży.

Teraz czekam na upały i pędem nad jezioro!




Znamienne, że na stronie Decathlonu kostiumy nie są fotografowane jedynie na szczuplutkich modelkach, ale również na tych o nieco pełniejszych kształtach. Chwała im za to, że jako jedni z nielicznych nie promują anoreksji!!

środa, 25 maja 2011

Papryka duszona na słodko i panierowana cukinia

Dziś będzie o jednych z moich ulubionych dodatków do drugiego dania. W rolach głównych papryka i cukinia. Obie w dwóch wersjach smakowych - jedna na słodko, druga raczej na słono, choć i tu da się wyczuć nutę słodyczy.


Najpierw kilka słów o papryce. Kroję ją w duże kostki i wrzucam do rondla z grubym dnem, tak, aby podczas duszenia jarzyna się nie spaliła. Duszę na oleju rzepakowym przez około 15 minut. Pod koniec dodaję 2 łyżki miodu, sporo soku z cytryny, sól, pieprz. Można też dodać wyciśnięty ząbek czosnku. Miód zamienia się w lekką glazurę, cytryna harmonizuje smak - tak, by nie było mdło.

A teraz pora na cukinię.

Przepis jest banalny, polski i swojski. To plastry cukinii smażone w panierce z bułki tartej.

Cukinię myję i kroję w cienkie plastry. Rozkładam na talerzu, solę, skrapiam sokiem z cytryny. Nacieram wyciśniętym czosnkiem. Po kilku minutach, gdy warzywo puści trochę soku, posypuję ziołami prowansalskimi i pieprzem. Można dodać paprykę, lubczyk albo bazylię.


Obtaczam krążki w roztrzepanym jajku, maczam w startej bułce i smażę krótko na małym ogniu w dość głębokim tłuszczu.

Oba dodatki połączyłam dziś z ryżem jaśminowym i kruchą pieczenią z szynki. Było pysznie, polecam!

poniedziałek, 23 maja 2011

Rarytasy z pewnego marketu

Ostatnio bujam się po mieście, bywa w różnych miejscach i czasem przez przypadek udaje mi się trafić na niezłą ofertę.

W przypadku Lidla było trochę inaczej. Od znajomych dowiedziałam się, że do ich sklepu (poza miastem) właściciel sprowadza świetne słodycze z Lidla.



Wpadliśmy więc wczoraj na mały rekonesans do tego marketu. Pierwszy raz byłam w Lidlu, nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Okazało się, że znajomi mieli rację. Naturalne greckie słodkie smakołyki to był strzał w dziesiątkę.

Ja nie przepadam za słodyczami. Sporadycznie jem czekoladę, ciasta mnie nudzą. Co innego bakalie i naturalna słodycz - miód. To uwielbiam, dlatego batony z migdałów zatopionych w glazurze z cukru i miodu oraz naturalne sezamki (także z miodem) powaliły mnie na kolana.



A jako że w Lidlu jest właśnie obchodzony tydzień (a może miesiąc?) francuski, przy okazji kupiliśmy świetny ser i salami - francuskie właśnie.

Polecam też pistacje sprzedawane tam prosto z wielkiego worka - są pyszne, łatwo się otwierają i nie są przesuszone. Pycha!!!



Ceny:

Baton sezamowy z miodem - 2,99
Baton migdałowy - 3,49
Chałwa migdałowa - 6,99
Pistacje - 37,99