Byłam tam, gdy zaczynała się wiosna, teraz pojechałam przywitać jesień.
Była wędrówka jednym z kazimierskich wąwozów, widok na panoramę z Góry Trzech Krzyży, zbieranie kasztanów, kanapki i herbata na deptaku ciągnącym się wzdłuż Wisły.
Dzieciom najbardziej spodobało się Muzeum Przyrodnicze. Fakt - zrobione z głową, porządnie, nie jakieś tam nudziarstwo, ale sporo fajnych ciekawostek, które zainteresowały nawet mnie:)
Na Rynku odbywał się zjazd Harleyowców, było na co popatrzeć!
W sklepie Lawenda kupiłyśmy pachnące suszone kwiaty ziół do szuflad.
Uwielbiam Kazimierz. Byłam tam wiele razy, ale zawsze jest jakoś inaczej. Idealne miejsce do wyłączenia się i złapania oddechu. Chętnie spędziłabym tam cały weekend:)
niedziela, 25 września 2011
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Myjemy płytki. Na błysk!
W sobotę zabrałam się za mycie płytek ściennych w kuchni. Całą ścianę nad zlewem i kuchenką mam obłożoną płytkami, które szybko się zatłuszczają, mażą i zaczynają kleić.
Opatentowałam świetny sposób na dokładne zmycie brudu, tłuszczu i wszelkich "smarów".
Oto kolejne kroki, po przejściu których moja kuchenna ściana wygląda jest wypolerowana na wysoki połysk, nie ma na niej ani grama tłuszczu i ani jednej smugi:
krok 1 namaczanie
Uprzątnęłam z lad wszystkie gadżety. Ścianę mocno spryskałam sprayem Ludwik do tłustych powierzchni. Spryskałam raz i drugi, na chwilę zostawiłam.
krok 2 odtłuszczanie
Do wiaderka wlałam wodę z płynem do mycia naczyń (w moim przypadku ulubiony, sprawdzony Fairy z granatem i pomarańczą) oraz octem (nad zlewem płytki zawsze są lekko zakamienione od wody). Przetarłam tym roztworem ścianę i - przy okazji lady.
krok 3 nabłyszczanie
Na koniec wszystko spryskałam sprayem Clin do szkła. Wytarłam płytki i ladę papierowymi ręcznikami.
Mucha nie siada! Ściana wygląda idealnie, lada również.
Opatentowałam świetny sposób na dokładne zmycie brudu, tłuszczu i wszelkich "smarów".
Oto kolejne kroki, po przejściu których moja kuchenna ściana wygląda jest wypolerowana na wysoki połysk, nie ma na niej ani grama tłuszczu i ani jednej smugi:
krok 1 namaczanie
Uprzątnęłam z lad wszystkie gadżety. Ścianę mocno spryskałam sprayem Ludwik do tłustych powierzchni. Spryskałam raz i drugi, na chwilę zostawiłam.
krok 2 odtłuszczanie
Do wiaderka wlałam wodę z płynem do mycia naczyń (w moim przypadku ulubiony, sprawdzony Fairy z granatem i pomarańczą) oraz octem (nad zlewem płytki zawsze są lekko zakamienione od wody). Przetarłam tym roztworem ścianę i - przy okazji lady.
krok 3 nabłyszczanie
Na koniec wszystko spryskałam sprayem Clin do szkła. Wytarłam płytki i ladę papierowymi ręcznikami.
Mucha nie siada! Ściana wygląda idealnie, lada również.
piątek, 19 sierpnia 2011
Kolorowa zupa kalafiorowa...
... czyli coś na lato, na lekko i na szybko.
W moim domu (zapewne tak jak i w połowie polskich domów:) króluje pomidorówka. Przyrządzam ja na różne sposoby, dodaję różnych zestawów ziół, żeby nie była stale taka sama. Mąż ją uwielbia i zapewnia, że może jeść codziennie. Dzieci też i ja - owszem. Ale ileż razy w tygodniu można jeść zupę pomidorową, zwłaszcza w sezonie? Gdy mnóstwo jest warzyw?
Dziś zatem w ramach odmiany zrobiłam prostą i szybką zupę z kalafiora. Łatwiejszej zupy chyba nie ma na świecie. Smaczniejszej... no tak, pomidorowa. Ale nic, ta z kalafiorów też jest pycha.
Składniki:
Na wywar
2 marchewki
plaster korzenia selera
jedna gałązka selera naciowego
cebula
natka pietruszki
ja dodałam jeszcze skrawki tłustej szynki
Do tego
3 ziemniaki
pół niewielkiego kalafiora
Zupa jest tak banalna, że być może nie ma sensu opisywanie, jak ją przygotować. Ale - dla początkujących - piszemy.
Warzywa myjemy, kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka. Zalewamy wodą, dodajemy sporo oleju lub masła. Tłuszcz jest potrzebny, bo w nim rozpuszczają się witaminy, które potem przyswajamy.
Ziemniaki obieramy, młode można tylko wyszorować. Kroimy w kostkę, wrzucamy do wywaru.
Gdy ziemniaki są miękkie, dodajemy pokrojony na małe różyczki kalafior. Pod koniec gotowania dodajemy śmietanę rozmieszaną z solą i zahartowaną gorącą zupą - żeby się nie zwarzyła.
Do zupy koniecznie dodajemy natkę pietruszki lub koperek.
W moim domu (zapewne tak jak i w połowie polskich domów:) króluje pomidorówka. Przyrządzam ja na różne sposoby, dodaję różnych zestawów ziół, żeby nie była stale taka sama. Mąż ją uwielbia i zapewnia, że może jeść codziennie. Dzieci też i ja - owszem. Ale ileż razy w tygodniu można jeść zupę pomidorową, zwłaszcza w sezonie? Gdy mnóstwo jest warzyw?
Dziś zatem w ramach odmiany zrobiłam prostą i szybką zupę z kalafiora. Łatwiejszej zupy chyba nie ma na świecie. Smaczniejszej... no tak, pomidorowa. Ale nic, ta z kalafiorów też jest pycha.
Składniki:
Na wywar
2 marchewki
plaster korzenia selera
jedna gałązka selera naciowego
cebula
natka pietruszki
ja dodałam jeszcze skrawki tłustej szynki
Do tego
3 ziemniaki
pół niewielkiego kalafiora
Zupa jest tak banalna, że być może nie ma sensu opisywanie, jak ją przygotować. Ale - dla początkujących - piszemy.
Warzywa myjemy, kroimy w kostkę i wrzucamy do garnka. Zalewamy wodą, dodajemy sporo oleju lub masła. Tłuszcz jest potrzebny, bo w nim rozpuszczają się witaminy, które potem przyswajamy.
Ziemniaki obieramy, młode można tylko wyszorować. Kroimy w kostkę, wrzucamy do wywaru.
Gdy ziemniaki są miękkie, dodajemy pokrojony na małe różyczki kalafior. Pod koniec gotowania dodajemy śmietanę rozmieszaną z solą i zahartowaną gorącą zupą - żeby się nie zwarzyła.
Do zupy koniecznie dodajemy natkę pietruszki lub koperek.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Odświeżanie kuchennych mebli
Jako że powoli zbieram pieniądze na "wyższy", wymagający sporych nakładów cel, nie inwestuję na razie w urządzanie domu. odkładam to na bardziej właściwy moment.
Trudno jednak mieszkać w domu, w którym meble wyglądają smutno i nieco przygnębiająco. Dlatego minimalnym nakładem środków odświeżam stare szafki, tak, by w kuchni było mi miło i jasno.
Właściwie nie robię tego ja, tylko moja druga połowa, która w malowaniu jest całkiem biegła. Ja mam wakacyjny nawał pracy i jedynym wkładem, jaki daję, jest sprzątanie, segregowanie i porządkowanie wszystkiego po pracy. Bo przy okazji takiego szybkiego odświeżania, można sobie wszystko posprzątać.
Do pomalowania szafek mąż użył emalii akrylowej w piaskowym kolorze. Farba ma satynowy połysk. Do tego koloru dobraliśmy proste gałki, które jeszcze poprawiły cały efekt.
Kuchnia jest teraz jaśniejsza, czystsza i milsza dla oka.
Za naprawdę niewielki pieniądze...
Trudno jednak mieszkać w domu, w którym meble wyglądają smutno i nieco przygnębiająco. Dlatego minimalnym nakładem środków odświeżam stare szafki, tak, by w kuchni było mi miło i jasno.
Właściwie nie robię tego ja, tylko moja druga połowa, która w malowaniu jest całkiem biegła. Ja mam wakacyjny nawał pracy i jedynym wkładem, jaki daję, jest sprzątanie, segregowanie i porządkowanie wszystkiego po pracy. Bo przy okazji takiego szybkiego odświeżania, można sobie wszystko posprzątać.
Do pomalowania szafek mąż użył emalii akrylowej w piaskowym kolorze. Farba ma satynowy połysk. Do tego koloru dobraliśmy proste gałki, które jeszcze poprawiły cały efekt.
Kuchnia jest teraz jaśniejsza, czystsza i milsza dla oka.
Za naprawdę niewielki pieniądze...
Etykiety:
chińska kuchnia,
emalia akrylowa,
fotki,
kolor piaskowy,
ładna kuchnia,
malowanie mebli,
meble,
odświeżanie mebli,
pomysły na kuchnię,
remonty,
zdjęcia
niedziela, 14 sierpnia 2011
Jarmark Jagielloński w Lublinie
Długi weekend w Lublinie upływa pod znakiem Jarmarku Jagiellońskiego.
Cała Starówka, Podzamcze i część Krakowskiego Przedmieścia przejęli we władanie kupcy, rękodzielnicy, artyści i twórcy.
Jest masa straganów z bardzo urozmaiconą ofertą. Tłumy ciągną do serca Lublina, pod Trybunałem Koronnym ciężko byłoby dziś wcisnąć szpilkę.
Ja korzystając ze słonecznej niedzieli zabrałam dzieci na dzień drugi zwiedzania Jarmarku. A żeby popołudniowym godzinom dodać jeszcze słodyczy, zafundowałam dziewczynom desery w Cukierni Chmielewskiego.
Sama raczyłam się pyszną kawą po wiedeńsku (cynamon plus bita śmietana) i patrzyłam na miasto, które dziś przypominało mrowisko.
Lublin. Miasto, w którym tak wiele trzeba jeszcze zrobić. A jednocześnie miasto jedyne w swoim rodzaju.
Magiczne?
Cała Starówka, Podzamcze i część Krakowskiego Przedmieścia przejęli we władanie kupcy, rękodzielnicy, artyści i twórcy.
Jest masa straganów z bardzo urozmaiconą ofertą. Tłumy ciągną do serca Lublina, pod Trybunałem Koronnym ciężko byłoby dziś wcisnąć szpilkę.
Ja korzystając ze słonecznej niedzieli zabrałam dzieci na dzień drugi zwiedzania Jarmarku. A żeby popołudniowym godzinom dodać jeszcze słodyczy, zafundowałam dziewczynom desery w Cukierni Chmielewskiego.
Sama raczyłam się pyszną kawą po wiedeńsku (cynamon plus bita śmietana) i patrzyłam na miasto, które dziś przypominało mrowisko.
Lublin. Miasto, w którym tak wiele trzeba jeszcze zrobić. A jednocześnie miasto jedyne w swoim rodzaju.
Magiczne?
wtorek, 2 sierpnia 2011
A w ogródku... mieczyki
Nawóz spod przepiórek, czyli dosadnie rzecz ujmując przepiórcze kupki zdały egzamin. Tego lata w ogródku zieleń buja i szaleje.
Z pewnością jest to zasługa niemal monsunowych deszczy, które przez większość lipca padały z nużącą regularnością, ale i ptaszki znajomego mają swój udział we florystycznym sukcesie Pani Domu.
Dziś rozwinął się pięknie fioletowy okaz mieczyka. Pierwszy był bladoróżowy, delikatny, świeży. Ten jest dostojny i poważny.
I wielce uroczy:)
Z pewnością jest to zasługa niemal monsunowych deszczy, które przez większość lipca padały z nużącą regularnością, ale i ptaszki znajomego mają swój udział we florystycznym sukcesie Pani Domu.
Dziś rozwinął się pięknie fioletowy okaz mieczyka. Pierwszy był bladoróżowy, delikatny, świeży. Ten jest dostojny i poważny.
I wielce uroczy:)
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Pieczony rostbef wołowy
Wołowina to dla mnie mięso-niespodzianka.
W przeciwieństwie do wieprzowiny czy drobiu, dania przygotowane z wołowiny za każdym razem zaskakują mnie pozytywnie fantastycznym smakiem i świetną strukturą. A wszystko robi się właściwie samo...
Dziś przepis na wspaniały obiad, w dodatku robiony szybko i bez nadmiernych ceregieli.
Potrzebujemy:
ładny kawałek rostbefu
sól pieprz
ocet
ewentualnie słonina, choć wcale nie jest konieczna, zwłaszcza, jeśli mięso jest dość tłuste.
Jak przygotować?
Banalnie. Umyte mięso nacieramy solą i pieprzem. Nakłuwamy włókna ostrym nożem lub specjalnym szpikulcem do mięsa. Można naszpikować mięso kawałkami słoniny, choć nie jest to konieczne. Zlewamy gorącym octem i zostawiamy pod przykryciem na godzinę.
Po tym czasie wkładamy porcję do rozgrzanego piekarnika i pieczemy - w zależności od wielkości kawałka (1 kilogram około godziny).
Upieczony rostbef to niebo w gębie. Ja podałam pieczeń z ryżem oraz z surówką z czerwonej kapusty. Polecam!
W przeciwieństwie do wieprzowiny czy drobiu, dania przygotowane z wołowiny za każdym razem zaskakują mnie pozytywnie fantastycznym smakiem i świetną strukturą. A wszystko robi się właściwie samo...
Dziś przepis na wspaniały obiad, w dodatku robiony szybko i bez nadmiernych ceregieli.
Potrzebujemy:
ładny kawałek rostbefu
sól pieprz
ocet
ewentualnie słonina, choć wcale nie jest konieczna, zwłaszcza, jeśli mięso jest dość tłuste.
Jak przygotować?
Banalnie. Umyte mięso nacieramy solą i pieprzem. Nakłuwamy włókna ostrym nożem lub specjalnym szpikulcem do mięsa. Można naszpikować mięso kawałkami słoniny, choć nie jest to konieczne. Zlewamy gorącym octem i zostawiamy pod przykryciem na godzinę.
Po tym czasie wkładamy porcję do rozgrzanego piekarnika i pieczemy - w zależności od wielkości kawałka (1 kilogram około godziny).
Upieczony rostbef to niebo w gębie. Ja podałam pieczeń z ryżem oraz z surówką z czerwonej kapusty. Polecam!
wtorek, 28 czerwca 2011
Z perspektywy Facebooka - Boże Ciało denerwuje
"Czy ktoś oprócz mnie miał dziką chęć krzyknąć na procesję "zamknijcie się"? - pyta wykształcona, znająca kilka języków i bywająca w świecie nastolatka.
"Wracałem właśnie z jogi i nie mogłem przejechać ulicą przez chrześcijańską procesję, która zajęła całą drogę, śpiewając przy tym ich święte piosenki, sypiąc kwiatki i inne g... dookoła. Huh, ze wszystkich katolickich świąt to jest najbardziej irytujące" - irytuje się uzyskując niezwykły poklask lider death metalowego zespołu.
Co takiego jest w procesjach Bożego Ciała, że ludzie stroniący od kościoła tak żywiołowo reagują na to zjawisko?
Swoich inspiracji szukają w obcych krajach, totalnie różnych nam kulturowo miejscach. Intryguje ich to, co inne, co dziwne, odmienne od naszego. Zdaje się, że słowo "swojski" brzydzi ich i odrzuca.
Folklor? Owszem, ale Indian z Południowej Ameryki. Dialekt? Tak, jak najbardziej, ale na pewno nie ten, którym posługują się jeszcze chłopi w Małopolsce.
Przecież to wiocha.
Tak samo wiochą jest "chodzenie do kościoła", celebrowanie świąt, wsłuchiwanie się w zwyczaje przodków.
Domagają się poszanowania dla innych, tolerancji i otwartości, sami oferując zamknięcie i klaustrofobiczny wręcz lęk przed "moherem".
Wiocha denerwuje, słoma z butów wystaje. Niestety.
"Wracałem właśnie z jogi i nie mogłem przejechać ulicą przez chrześcijańską procesję, która zajęła całą drogę, śpiewając przy tym ich święte piosenki, sypiąc kwiatki i inne g... dookoła. Huh, ze wszystkich katolickich świąt to jest najbardziej irytujące" - irytuje się uzyskując niezwykły poklask lider death metalowego zespołu.
Co takiego jest w procesjach Bożego Ciała, że ludzie stroniący od kościoła tak żywiołowo reagują na to zjawisko?
Swoich inspiracji szukają w obcych krajach, totalnie różnych nam kulturowo miejscach. Intryguje ich to, co inne, co dziwne, odmienne od naszego. Zdaje się, że słowo "swojski" brzydzi ich i odrzuca.
Folklor? Owszem, ale Indian z Południowej Ameryki. Dialekt? Tak, jak najbardziej, ale na pewno nie ten, którym posługują się jeszcze chłopi w Małopolsce.
Przecież to wiocha.
Tak samo wiochą jest "chodzenie do kościoła", celebrowanie świąt, wsłuchiwanie się w zwyczaje przodków.
Domagają się poszanowania dla innych, tolerancji i otwartości, sami oferując zamknięcie i klaustrofobiczny wręcz lęk przed "moherem".
Wiocha denerwuje, słoma z butów wystaje. Niestety.
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Lawendowy olejek, lawendowy balsam...
Do niedawna miałam awersję do lawendy.
Zaczęło się, gdy byłam w ciąży. Drażniły mnie wtedy różne zapachy, między innymi właśnie lawenda - o takim zapachu miałam przez pewien czas płyn do płukania tkanin. Potem, ile razy poczułam ten zapach, czułam powracające mdłości i przypominałam sobie, jak słabo bywało swego czasu.
Odrzuciłam więc wszelką chemię z przymiotnikiem "lawendowy" w nazwie.
W ubiegłym roku mój wstręt musiał zostać przełamany. Mąż ustawił na parapecie rząd doniczek z lawendą, która odstrasza insekty. Zaczęłam lubić tę roślinę, bo w domu nagle przestały bzykać komary, a i muchy i inne owady niechętnie wlatywały przez pachnące lawendą okno.
W tym roku poszłam jeszcze dalej. Oprócz lawendy na oknie kropię dom olejkiem lawendowym. Nie za dużo i głównie wieczorem, żeby dzieci mogły spokojnie spać i były na 100 procent wolne od komarów.
A dziś kupiłam sobie jeszcze balsam do mycia naczyń - Ludwik o zapachu lawendy. Pachnie bosko, ale niestety z wydajnością u niego nie jest najlepiej... To nic. Mycie naczyń przy tak miłej woni przestaje być udręką.
Na koniec zaczerpnięty ze strony avicenna.com opis właściwości olejku lawendowego. Warto go mieć w domu i używać!
Mówi się o nim jako o olejku o najbardziej wszechstronnym działaniu. Jego przeciwbólowe, antyseptyczne i antybiotyczne właściwości sprawiają iż olejek ten może być doskonałym lekiem przy przeziębieniu lub grypie, łagodzi kaszel, katar i zapalenie zatok. W takich przypadkach najlepsze okazują się być inhalacje. Lawenda ma też działanie uspokajające. Łagodzi depresje, lęki, stany podenerwowania., ułatwia zasypianie - szczególnie przy bezsenności spowodowanej zdenerwowaniem. Z drugiej strony pobudza przy ociężałości umysłowej i zmęczeniu psychicznym - stymuluje pracę układu nerwowego.
Przeciwbólowe działanie olejku lawendowego wykorzystuje się przy bólach głowy, migrenach (można kilka kropli delikatnie wetrzeć w skroń lub położyć zimny kompres na czoło lub kark), a także przy bólach menstruacyjnych (okłady). Uważa się, iż olejek pomocny jest również przy nieregularnym cyklu i problemach menopauzy). Olejek ten stosuje się przy bólach reumatycznych i mięśniobólach (kąpiele lub masaż). Bakteriobójcze i grzybobójcze działanie olejku często wykorzystuje się do pielęgnacji skóry a szczególnie w walce z grzybicami skóry, stanami zapalnymi skóry, egzemami, a nawet z trądzikiem, łupieżem i rozstępami skóry.
Olejek zapobiega gromadzeniu się płynów w organizmie dzięki czemu może być wykorzystywany w leczeniu cellulite i otyłości (kąpiele, masaż).
Olejek lawendowy bardzo często wykorzystywany jest jako środek odstraszający owady. Szczególnie znany jest ze swego repelencyjnego działania na mole, ale skutecznie odstrasza również inne owady jak na przykład komary. Olejek lawendowy znakomicie łagodzi skutki ukąszeń owadów.
Olejek lawendowy dobry jest do stosowania w mieszankach. Działanie olejku pogłębia się jeśli zastosuje się go w połączeniu z innymi olejkami np.: z rozmarynowym (przy mięśniobólach), z melisy (egzemy), z bergamotowym lub cytrynowym (odstrasza komary),. Z drugiej strony lawenda podwyższa skuteczność innych olejków z którymi jest zmieszana.
W sprzedaży często występuje olejek tzw. Lawendynowy lavandula fragrance, który zapachowo trudny jest do odróżnienia od prawdziwego olejku lawendy lekarskiej lavandula officinalis. Jednak nie posiada on wspomnianych wyżej właściwości leczniczych i jest dużo tańszy. Zatem zawsze upewnijmy się z jakiej rośliny pochodzi dany olejek (czy producent podaje nazwę łacińską rośliny). (źródło: awicenna.com).
Zaczęło się, gdy byłam w ciąży. Drażniły mnie wtedy różne zapachy, między innymi właśnie lawenda - o takim zapachu miałam przez pewien czas płyn do płukania tkanin. Potem, ile razy poczułam ten zapach, czułam powracające mdłości i przypominałam sobie, jak słabo bywało swego czasu.
Odrzuciłam więc wszelką chemię z przymiotnikiem "lawendowy" w nazwie.
W ubiegłym roku mój wstręt musiał zostać przełamany. Mąż ustawił na parapecie rząd doniczek z lawendą, która odstrasza insekty. Zaczęłam lubić tę roślinę, bo w domu nagle przestały bzykać komary, a i muchy i inne owady niechętnie wlatywały przez pachnące lawendą okno.
W tym roku poszłam jeszcze dalej. Oprócz lawendy na oknie kropię dom olejkiem lawendowym. Nie za dużo i głównie wieczorem, żeby dzieci mogły spokojnie spać i były na 100 procent wolne od komarów.
A dziś kupiłam sobie jeszcze balsam do mycia naczyń - Ludwik o zapachu lawendy. Pachnie bosko, ale niestety z wydajnością u niego nie jest najlepiej... To nic. Mycie naczyń przy tak miłej woni przestaje być udręką.
Na koniec zaczerpnięty ze strony avicenna.com opis właściwości olejku lawendowego. Warto go mieć w domu i używać!
Mówi się o nim jako o olejku o najbardziej wszechstronnym działaniu. Jego przeciwbólowe, antyseptyczne i antybiotyczne właściwości sprawiają iż olejek ten może być doskonałym lekiem przy przeziębieniu lub grypie, łagodzi kaszel, katar i zapalenie zatok. W takich przypadkach najlepsze okazują się być inhalacje. Lawenda ma też działanie uspokajające. Łagodzi depresje, lęki, stany podenerwowania., ułatwia zasypianie - szczególnie przy bezsenności spowodowanej zdenerwowaniem. Z drugiej strony pobudza przy ociężałości umysłowej i zmęczeniu psychicznym - stymuluje pracę układu nerwowego.
Przeciwbólowe działanie olejku lawendowego wykorzystuje się przy bólach głowy, migrenach (można kilka kropli delikatnie wetrzeć w skroń lub położyć zimny kompres na czoło lub kark), a także przy bólach menstruacyjnych (okłady). Uważa się, iż olejek pomocny jest również przy nieregularnym cyklu i problemach menopauzy). Olejek ten stosuje się przy bólach reumatycznych i mięśniobólach (kąpiele lub masaż). Bakteriobójcze i grzybobójcze działanie olejku często wykorzystuje się do pielęgnacji skóry a szczególnie w walce z grzybicami skóry, stanami zapalnymi skóry, egzemami, a nawet z trądzikiem, łupieżem i rozstępami skóry.
Olejek zapobiega gromadzeniu się płynów w organizmie dzięki czemu może być wykorzystywany w leczeniu cellulite i otyłości (kąpiele, masaż).
Olejek lawendowy bardzo często wykorzystywany jest jako środek odstraszający owady. Szczególnie znany jest ze swego repelencyjnego działania na mole, ale skutecznie odstrasza również inne owady jak na przykład komary. Olejek lawendowy znakomicie łagodzi skutki ukąszeń owadów.
Olejek lawendowy dobry jest do stosowania w mieszankach. Działanie olejku pogłębia się jeśli zastosuje się go w połączeniu z innymi olejkami np.: z rozmarynowym (przy mięśniobólach), z melisy (egzemy), z bergamotowym lub cytrynowym (odstrasza komary),. Z drugiej strony lawenda podwyższa skuteczność innych olejków z którymi jest zmieszana.
W sprzedaży często występuje olejek tzw. Lawendynowy lavandula fragrance, który zapachowo trudny jest do odróżnienia od prawdziwego olejku lawendy lekarskiej lavandula officinalis. Jednak nie posiada on wspomnianych wyżej właściwości leczniczych i jest dużo tańszy. Zatem zawsze upewnijmy się z jakiej rośliny pochodzi dany olejek (czy producent podaje nazwę łacińską rośliny). (źródło: awicenna.com).
Etykiety:
balsam do mycia naczyń,
chemia gospodarcza,
chińska kuchnia,
komary,
lawenda,
lawendowy,
ludwik,
olejek eteryczny,
olejek lawendowy,
ukąszenia komarów,
zapach lawendy
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















